Dzień 1

10 h w samolocie sprawi, że nadrobiłam wszystkie zaległości filmowe, serialowe, przyrodnicze i muzyczne. Zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem zamiast nowego filmu o Kapitanie Ameryce, nie włączyłam Avengersów oraz że chińska muzyka ludowa jest nawet spoko i dobrze czyta się do niej Murakamiego. Gdyby tylko nie była to wersja kieszonkowa z literkami wielkości mrówki, to może przeczytałabym ją do końca. A tak skończyło się na 5 stronach, bo okulary zostały w Polsce. Z okularami skończyłoby się na 6 … Tym sposobem nie byłam w stanie czytać, spać też nie mogłam, bo organizm stwierdził, że nie będzie śpiący a moje chińskie przeboje się skończyły. Pozostała mi tylko obserwacja samolotu na ekranie, który coraz bardziej zbliżał się do Europy. Tak melancholijnie się zrobiło. A w mojej głowie tylko „Ale zapierdzielamy”, plus fragmenty Mody na sukces z Taylor, która przeżyła katastrofę lotniczą i rozkochała w sobie księcia z wyspy. Kto wie czy w razie czego nie warto podpatrzeć kilka trików do podrywu, może mój książę z bajki mieszka na środku oceanu czekając na mój upadek z nieba (wtedy tekst „bolało jak spadłaś z nieba?” byłby całkowicie akceptowalny).

Tak dotrwałam do 9 rano. Szybko z Martą obgadałam, gdzie się spotykamy i poszłam odebrać swój bagaż. Czekałam i czekałam, a go nie widać. Trochę kiepsko, by było jakby został w Sao Paulo.  Biedny, samotny na innym kontynencie, pewnie płacze… A nie, jest! Po 30 minutach czekania w końcu się pojawił. Jak widać spóźnianie ma po mamusi.

Na lotnisku internet, który działa na tyle by posprawdzać jak wygląda stan z hostami w Barcelonie.  Myślę, że większość z nich nie rozumie na czym polega couchsurfing. Dostałyśmy bardzo dużo propozycji, ale płatne, bo akurat już kogoś ma u siebie w domu. Y-y, dzięki! W końcu się znalazł host. Hurra! Uradowane ruszyłyśmy na podbój Barcelony!

Wierzcie czy nie, w tym mieście zapomnieli o czymś takim jak szafki na bagaże, przechowalnia lub czymkolwiek innym co pomogłoby backpakersom pozbyć się ekwipunku. Za to na dworcach można zafundować sobie 5 minut w fotelu z masażem (!!). Tym sposobem chodziłyśmy pół dnia z plecakami, a nasze barki krzyczały ze zmęczenia. Postanowiłyśmy odpocząć na plaży.  A tu wiadomość od hosta, że niestety nie jest w stanie zapewnić nam oddzielny pokój (jak było ustalane wcześniej), ponieważ jego kuzyn do niego przyjeżdża a gdzieś musi spać. Od razu zapaliło się czerwone światełko. Ktoś tu chyba liczy na coś więcej… Grzecznie wycofałyśmy się i zaczęłyśmy rozważać inne opcje noclegu. Na hotel nas nie stać. Znaczy mnie nie było stać. Plaża słynie z kradzieży, a my lubimy swoje rzeczy i one nas. To co zostaje? Lotnisko! Jeszcze tylko trzeba kupić coś do jedzonka!

Przed sklepem wyszła śmieszna sytuacja, której ja na początku w ogóle nie ogarnęłam, bo zmęczenie, jet lag i takie tam. Dopiero Marta uświadomiła mi jak to wyglądało. Ale do rzeczy! Po znalezieniu najbliższej stacji metro, zatrzymałyśmy się w najbliższym spożywczaku by uzupełnić zapasy. Była tam taka wnęka, co idealnie nadawała się by położyć plecaki i nie zawalać nimi chodnika. Na posterunku została jedna a druga poszła do sklepu. Po powrocie Marty, usiadłyśmy obok naszego dobytku, aby się posilić. W pewnym momencie podszedł do mnie facet i wciska mi kasę. Ja tak z automatu „No, thanks” , a on dalej. „No! Thanks!” Bardziej zdecydowanie stwierdziłam. Marta zaczęła chichotać, a gość się speszył i odszedł.
-Chyba pomyślał, że jesteś bezdomna
-Hę?
-No to czemu chciał Ci dać kasę..?
-Wcale nie :

tumblr_inline_n58a32Vrw41qafrh6

Ominę, że próbował mi wcisnąć 5 eurocentów. Szczodry, nie ma co. Ale przecież liczy się gest, co nie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s