Dzień 10, 11 i 12

Dzień 10

Malaga okazała się idealnym miejscem wypadowym do różnych części Andaluzji. Wszędzie było blisko. Tym razem wybrałyśmy się do stolicy tego regionu – Sewilli. Nie straszny był nam gorąc. A grzało równo – 40 °C w cieniu! Szkoda było nam tylko tych koni pracujących w takim skwarze, bez wytchnienia. Podobno nie jeden padł z wycieńczenia…

img_20160823_121601

Kolejne miasto i kolejny zachwyt. Wydaje mi się, że w Hiszpanii nie ma miejsca, które by mi się nie spodobało. Alkazar, Giralda, Dom Piłata… i wiele, wiele innych atrakcji, do których ciągną turyści, a ja im się nie dziwię.

Po długiej wędrówce wróciłyśmy do mieszkania. Szybki prysznic i decyzja, że jedziemy nocnym. Na szczęście udało nam się załatwić couchsurfing, więc o nocleg nie musiałyśmy się martwić.

Dzień 11

Madryt przywitał nas dość chłodnym rankiem – jak na Hiszpanie oczywiście. Od razu po przyjeździe ruszyłyśmy w kierunku mieszkania naszego hosta. Był on na tyle uprzejmy, że pozwolił nam zostawić u siebie bagaże. Chwila odpoczynku i ruszyłyśmy na podbój stolicy!

Miałyśmy szczęście, bo akurat natrafiłyśmy na darmową wycieczkę po Madrycie. Prowadziła ją w języku angielskim Węgierka, która postanowiła zamieszkać w kraju chorizo, flamenco i dobrego wina. Poopowiadała nam naprawdę wiele ciekawych rzeczy  i aż żal, że tak szybko skończyło się oprowadzanie.

14225478_553851584815625_9163256960525275806_n
Do wieczora spacerowałyśmy sobie po mieście, gdyż Paresh – nasz host, do godz. 21 prowadził zajęcia yogi. Jest on dość ciekawą osobą. Pochodzi z Indii i przez przypadek trafił do Madrytu na studia. Ma swoje własne studio yogi oraz równocześnie miejsce, gdzie przyjmuje gości. W jego mieszkaniu znajduje się wiele buddyjskich figurek oraz różne dziwne rzeczy, które mnie trochę przerażały. Miło swoich odmienności, jest on bardzo otwartą osobą, kochającą swój kraj, co się chwali. Może kiedyś, podczas jednej z naszych podróży do Indii (bo nie wątpię, że taka się w przyszłości będzie) odwiedzimy go i skosztujemy dań przez niego zrobionych (chwalił się, że dobrze gotuje –  sprawdzi się;))

Dzień 12

Niestety musiałyśmy zerwać się z samego rana, bo Paresh wychodził na zajęcia (a będą w gościach się nie marudzi). Cudownie patrzy się jak miasto, zwłaszcza stolica powoli budzi się do życia. Nawet bardzo powoli, gdyż sklepy to chyba po 12 dopiero otwierali (nie licząc spożywczaków). Ze smutkiem ruszyłyśmy na lotnisko. Bo żegnamy Hiszpanię. Bo koniec przygody…ale przecież zawsze można tu kiedyś wrócić.

Reklamy

One Comment Add yours

  1. Grzegorz pisze:

    Bardzo ciekawie opisane :)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s